W południe 23 stycznia pojechałem na moment do mojej pracy (urzędu), żeby porozmawiać chwilę ze swoim szefem i zostawić zwolnienie lekarskie, które otrzymałem na opiekę nad Marysią. W czasie mojego pobytu w urzędzie zadzwoniła do mnie pani doktor, z którą rozmawialiśmy tego samego dnia rano i przekazała mi wiadomość, że niedługo po naszej wizycie w szpitalu Zosia przewieziona została na konsultację kardiologiczną do szpitala na ul. Sporną. Zaznaczając, że nie jest łatwo przekazywać jej takie informacje, pani doktor powiedziała mi, że badania przeprowadzone w szpitalu na Spornej potwierdziły u Zosi obecność poważnej wady serca. Pani doktor poprosiła, żebyśmy wraz z Marysią udali się na Sporną i porozmawiali z lekarzami o tym, co dalej będzie działo się z naszym dzieckiem. Słowa te spadły na mnie, jak grom z jasnego nieba. Płacząc, wybiegłem z urzędu, wsiadłem do samochodu i już jadąc zadzwoniłem do Marysi, żeby się przygotowała do wyjazdu do szpitala. Jadąc na Sporną czuliśmy się strasznie. Nigdy dotąd nie mieliśmy do czynienia z wadami serca, ba – nawet chyba nie znamy nikogo, kto z sercem ma jakieś poważne kłopoty. O ile do wtorkowego poranka przerażała nas myśl o zapaleniu płuc u naszego dziecka, tak teraz żałowaliśmy, że na zapaleniu płuc się rzeczywiście nie skończyło (jak się potem okazało Zosia zapalenia płuc najprawdopodobniej w ogóle nie miała).
Gdy przyjechaliśmy do szpitala Zosia cały czas była jeszcze badana (echo serca). Po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach wyszła do nas bardzo sympatyczna pani doktor i po wypytaniu Marysi o przebieg ciąży, rodzaje wykonywanych w ciąży badań i przebyte choroby, opowiedziała nam w szczegółach o wadzie serca Zosi. Wówczas to po raz pierwszy usłyszeliśmy, że nasze maleństwo ma przerwany łuk aorty i niepodomykane przegrody między przedsionkami i komorami serca. Stan zdrowia Zosi pani doktor oceniła na ciężki. Poinformowała nas, że pogorszenie się tego stanu w ciągu ostatnich godzin związane było z procesem zamykania się tzw. naczynia Botala. Naczynie to w okresie życia płodowego człowieka odprowadza krew z serca do aorty, ale w okolicach 3 doby po narodzinach człowieka, zaczyna się zamykać i przestaje pełnić dotychczasową rolę. Zdiagnozowanie rodzaju wady serca Zosi pozwoliło na uratowanie jej życia. W ostatniej bowiem chwili, gdy stan Zosi zaczął się już gwałtownie pogarszać, pani doktor (ta, która opowiadała nam o rodzaju wady serca Zosi) zdecydowała o podaniu małej leku (Prostin – zapamiętam chyba do końca życia), który zatrzymał a następnie odwrócił proces zamykania się naczynia Botala.
Wraz z Marysią czuliśmy się potwornie. Właściwie można powiedzieć, że bliscy byliśmy załamania nerwowego. Baliśmy się każdej nadchodzącej godziny i kolejnych rozmów z lekarzami. Wszystko, co usłyszeliśmy do tej pory paraliżowało nas a jednocześnie potęgowało obawy o to, czy w dniu, w którym nasza starsza córka szykowała się do zdmuchnięcia 4 świeczek na swoim urodzinowym torcie, nie zgaśnie również życie naszej maleńkiej, bezbronnej Zosi...
Tego samego dnia, ogromnie cierpiąc, płacząc i z trudem wypowiadając słowa ochrzciłem moją córkę, nadając jej imiona Zofia Maria.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz