Jak już niejednokrotnie wcześniej wspominałem, życie Zosi obfituje w „niesamowitości”. Świadomie używam takiego określenia, bo żadne inne lepiej nie pasuje mi do tego, by powiązać je zarówno ze zdarzeniami i sytuacjami, jak i osobami – ludźmi, którzy swoją postawą, życzliwością, pamięcią, modlitwą sprawili, że dziś nasz aniołek jest już w domu i smacznie śpi w swoim łóżeczku..
Nie zastanawiałem się nad hierarchią „niesamowitości”. Kolejność z jaką będę je wymieniał jest prawie przypadkowa. To „prawie” bierze się stąd, że gdzieś tam, w zakamarkach mojego umysłu, jakaś hierarchia pewnie istnieje i to ona ostatecznie będzie rzutowała na to, co będę pisał.
Niesamowite okoliczności.
Zosia urodziła się 19 stycznia w Szpitalu im. Kopernika w Łodzi. I etap akcji porodowej trwał 4 godziny 50 minut. O 18.30 byliśmy z Marysią jeszcze u pani ginekolog, która powiedziała, że Zosia niebawem się urodzi. Sprawdziła tętno naszego maleństwa, kazała wstąpić do domu po rzeczy i jechać do szpitala. W szpitalu byliśmy po godzinie 20, ale akcja porodowa nie nabierała jakiegoś wielkiego tempa. Sporo spacerowaliśmy po szpitalnym korytarzu, rozmawialiśmy i czekaliśmy. Przed 23 skurcze zaczęło pojawiać się ze wzmożoną częstotliwością. Tak w wielkim skrócie rozpoczął się II etap akcji porodowej, który jak nagle się pojawił, tak szybko się skończył. Poród Zosi trwał niesamowicie krótko, bo zaledwie 10 minut. O godzinie 23 nasze maleństwo było już na świecie…
Trudno nawet opisać jak bardzo cieszyłem się z narodzin mojej drugiej córki. Pierwszą osobą, do której zadzwoniłem z radosną nowiną była Marta. Ucieszyła się tak bardzo, że trudno było mi utrzymać słuchawkę przy uchu – skakała tak wysoko, jak tylko potrafi i bardzo głośno krzyczała, ciesząc się, ze została starszą siostrą. Potem do rodziny, przyjaciół i znajomych wysłałem całe mnóstwo sms-ów, na które mimo bardzo późnej pory niemal natychmiast otrzymałem odpowiedź…
Pobyt w szpitalu miał trwać krótko. W sobotę (20.01) i niedzielę (21.01) zarówno z Marysią, jak i z Zosią nie działo się nic niepokojącego. W poniedziałek rano (22.01), niedługo po tym, jak przyjechałem do pracy, zadzwoniła do mnie Marysia i powiedziała, że w czasie obchodu podjęta została decyzja o wypisie ze szpitala. Nie ukrywam, że ta wiadomość wytrąciła mnie z równowagi, bo w ogóle nie byłem przygotowany na przywiezienie małej do domu (czyt.: nawet nie kiwnąłem palcem, by choć trochę posprzątać w mieszkaniu i przygotować pokój dla naszego maleństwa). Skoro jednak kobiety miały wrócić do domu, stwierdziłem, że jakoś to będzie i że ogarnę dom w krótkim czasie, jak już wszyscy do niego przyjedziemy. Zwolniłem się z pracy i pojechałem do szpitala. Już po drodze jednak otrzymałem od Marysi wiadomość, że pani pediatra, która na oddziale ginekologiczno-położniczym pełniła tego dnia dyżur, podczas badania Zosi dostrzegła objawy, jakie u małych dzieci towarzyszą zwykle zapaleniu płuc. Badanie miało miejsce w czasie, gdy przygotowane były już wszystkie dokumenty, jakie świeżo upieczonym matkom wydawane są podczas wypisu ze szpitala, w czasie, gdy Marysia była już ubrana, spakowana i gotowa do opuszczenia oddziału. Pani pediatra zadecydowała, że mała pozostanie w szpitalu jeszcze jeden dzień i że podana zostanie obserwacji. W ten sposób życie naszego dziecka uratowane zostało po raz pierwszy. Nawet nie próbuję jakoś specjalnie wyobrażać sobie tego, co by było, gdyby Zosia została wypisana do domu… Być może zdarzyłoby się najgorsze, bo nawet jeśli wraz z Marysią sami byśmy dostrzegli jakieś niepokojące objawy, to mając na względzie to, że małą dopiero co została wypisana ze szpitala, zareagowalibyśmy pewnie najwcześniej następnego dnia, a wtedy byłoby już pewnie za późno…
Dziś trudno jest nam opisać wdzięczność za tę wątpliwość, która pojawiła się dosłownie w ostatniej chwili i która zaowocowała decyzją o pozostawieniu naszej Zosieńki w szpitalu…
1 komentarz:
NIESAMOWITE!
Bardzo się cieszę z Wami. I pamiętam. Uściski.
Jacek K
Prześlij komentarz