niedziela, 25 lutego 2007

...




Mijają dni, a postów nie przybywa. Rzeczywistość trochę zwolniła i wygląda na to, że się rozleniwiłem. Tymczasem Zosia była w piątek szpitalu. Zaczęło się od tego, że w czwartek odwiedziła nas Pani Pediatra z POZ-tu i po zbadaniu małej zaczęła zastanawiać się, czy normalne jest to, że Zosi przy oddychaniu ugina się podżebrze. W piątek do Zosi przyszła położna (też z POZ-tu) i była kolejną osobą, która zwróciła uwagę na to podżebrze. Tyle nam wystarczyło. Wprawdzie obie Panie nie mówiły, żebyśmy konsultowali to z kardiologami, ale cóż… - niepokój został zasiany. Zadzwoniłem najpierw na kardiochirurgię, a potem Marysia zadzwoniła na kardiologię. W końcu stanęło na tym, że przyjedziemy pokazać małą. W szpitalu byliśmy przed 20. O tej godzinie żaden normalny rodzic nie przywozi do szpitala swojego dziecka. Nie jest to godzina przyjęć w przyszpitalnych przychodniach, więc korytarze sprawiają wrażenie wymarłych. Mimo to Pani Doktor przyjęła nas na kardiologii bardzo miło. Żadnych tam wyrzutów, że tak późno, że bez zapisów, skierowania, czy czegoś tam. Po zbadaniu małej okazało się, że jej stan nie uległ zmianie. Badanie było dość dokładne (echo serca) i Pani Doktor poczyniła w czasie jego trwania obserwacje, którymi jutro podzieli się z Panią prof. Moll. Być może Zosia dostanie dodatkowy lek, który pomoże jej wyrównywać ciśnienia w komorach. Teraz podobno jeszcze dość wyraźnie widoczne są różnice, które wynikają z tego, że rozwojowi serca naszej córeczki towarzyszyła wada.



Brak komentarzy: