wtorek, 6 lutego 2007

...

Jest północ. Niedawno wróciliśmy z Marysią do domu. Zdążyliśmy wynieść z domu (czyt. wyrzucić przez okno) bożonarodzeniową choinkę. Późno, ale wcześniej najnormalniej w świecie nie było czasu.

Jesteśmy już bardzo zmęczeni. Do szpitala jeździmy zaledwie od 2 tygodni a już jesteśmy tak bardzo zmęczeni… Jak bardzo podziwiać należy tych rodziców, którzy z cierpieniem swoich dzieci zmagają się przez długie tygodnie, miesiące i lata. To są chyba ludzie świeci. Zmęczenie to jednak jedno, a radość przebywania przy dziecku, to drugie. Nawet, gdy całymi godzinami śpi, wspaniale jest być przy Zosi i namacalnie doświadczać łaski, jaka staje się jej udziałem. Cały czas nie popadamy w euforię. Zdajemy sobie sprawę, że po takim poważnym zabiegu, jak ten, który został przeprowadzony na naszym dziecku. w każdej chwili może zacząć dziać się wiele. Jednak nie poddajemy się również zwątpieniu. Obiektywnie należy stwierdzić, że z każdym dniem Zosia ma się coraz lepiej. Dziś odstawiono jej wszystkie presory. Nie ma już ani dopaminy, ani tego drugiego leku, którego nazwy nigdy nie potrafiłem zapamiętać. Została jedynie jedna kroplówka, której zadaniem jest wspomaganie odżywiania maleńkiej. Żeby tylko Zosia miała siły dalej walczyć o swoje zdrowie…

Dziś tylko tyle. Jutro zrobię kilka zdjęć i może napiszę nieco więcej.

Dobranoc.

Brak komentarzy: