środa, 31 stycznia 2007

Być matką, być ojcem…


Starsza siostra Zosi - Marta

Kilka dni temu, 23 stycznia, minęła 4 rocznica urodzin mojej starszej córki - Marty. Marta jest wspaniałą, pogodną, zdrową i mądrą dziewczynką. Czasem dręczą mnie wyrzuty sumienia, że poświęcam jej zbyt mało czasu. Gdy prosi, abym się z nią pobawił, to nie potrafię mówić "językiem kucyków pony", gdy chce żebym jej poczytał, zaczynam ziewać i dopada mnie taka niemoc, że zamykam oczy i zasypiam prędzej niż moje dziecko… Chciałbym być dla moich dzieci dobrym ojcem - dobrym rodzicem, tak dobrym, jak dobrym ojcem był dla mnie mój Ojciec i jak dobrą matką była dla mnie moja Mama. Moi rodzice dali mi wszystko, co mi, jako ich dziecku, było potrzebne. Przekazali mi życie, zawsze otaczali miłością, uczestniczyli w trudzie kształcenia, wychowania, zapewnili mi dom, pożywienie, ubranie itd. Moi rodzice byli przy mnie, gdy będąc dzieckiem, ciężko chory leżałem w gipsowym korycie i nie do końca wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze będę chodził. Mając tak wspaniałych rodziców, tak wspaniały wzór, jeszcze do niedawna byłem przekonany, że dysponuję pełną definicją ojcostwa, że w pełni wiem, co to znaczy być rodzicem. Dziś wiem, że swoją definicją i wiedzą nie obejmowałem jednego, bardzo ważnego aspektu ojcostwa i rodzicielstwa. Mimo, iż widok cierpiącego dziecka nigdy nie był mi jakoś szczególnie obcy, nigdy dotąd nie dopuszczałem do siebie takiej myśli, że jako ojciec będę musiał niemal codziennie wyrażać zgodę, na przeprowadzanie zabiegów medycznych, które poza tym, że mają na celu ratowanie życia, mogą dla mojego dziecka zakończyć się również kalectwem lub co gorsza śmiercią. Straszne to uczucie, gdy trzeba złożyć podpis pod oświadczeniem, że można stracić dziecko… Tylko dziś wraz z Marysią złożyliśmy po dwa takie podpisy…




Zosia przez cały dzień była w całkiem dobrej formie. Po wczorajszym cewnikowaniu nie było dziś już właściwie żadnych śladów. Nasze dziecko wygodnie leżało sobie w swoim inkubatorze i słodko drzemało, niespecjalnie przejmując się hałasem, powstającym za sprawą bez przerwy „pikającej” aparatury medycznej. Przez pół dnia wraz z Marysią staliśmy przy inkubatorze i rozmawiając z Zosią gładziliśmy ją po głowie, twarzy, rękach i nóżkach. Bardzo zależy nam na tym, by Zosia czuła naszą obecność i by dotyk nie kojarzył jej się w przyszłości z czymś co jest przykre i co boli, z obracaniem z jednego boku na drugi, z nakłuwaniem i pobieraniem materiału do badań…




Rozmawialiśmy dziś również z Panem Profesorem, który będzie operował naszego małego Anioła. Operacja serca Zosi to bardzo trudny zabieg. Odbędzie się w być może jeszcze w tym tygodniu. Zostaliśmy uprzedzeni, że zabieg ten wiąże się dla naszego maleństwa z bardzo poważnym zagrożeniem życia, że w czasie jego trwania serduszko naszego dziecka zostanie zatrzymane a krew będzie krążyła pozaustrojowo. Usłyszeliśmy też wiele innych szczegółów, których w tym miejscu niepodobna opisać, ale które wystarczyły, by zasiać w naszych sercach niepewność i strach.




W dzisiejszej Ewangelii, Pan Jezus, mówiąc do córki Jaira: „Dziewczynko, mówię ci wstań”, wskrzesił dziecko przez wzgląd na wiarę jego ojca. Głęboko wierzymy, że Bóg czuwa również nad naszą Zosią i że zanoszone ze wszystkich zakątków Polski modlitwy o jej uzdrowienie zostaną wysłuchane.




Dziękujemy wszystkim, którzy zapewniają nas o swojej pamięci i życzliwości.


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Kochani! Jesteśmy z Wami myślami przez cały czas, chociaż staramy się nie narzucać. Po raz pierwszy dzisiaj mieliśmy okazję dokładnie się przyjrzeć Waszej młodszej córci i całą mocą potwierdzamy - skóra zdjęta z Marysi. Śliczna! Głęboko wierzymy, że już wkrótce będziemy mogli poznać się osobiście z małą damą... Trzymajcie się!

Rodzina Świnogów pisze...

Kochani!
Cała nasza rodzina modli się codziennie za Zosieńkę i o siły dla Was.
Wierzymy, że wszystko będzie dobrze.Trzymajcie się!