środa, 13 lutego 2008

MURZASICHLE 2008



Murzasichle, to mała miejscowość w Tatrach, położona na dwóch wzniesieniach, przez szczyty których przebiegają dwie główne ulice: Sądelska i Budzowa. Właśnie do Murzasichla, na Budzową, każdego roku, zimą i latem udaje się klan Kubisztali (Kubisztal to nazwisko rodowe Marysi). Odkąd poznałem moją żonę do Murzasichla jeżdżę i ja, a kiedy urodziły się nasze dzieci jeżdżą również i one. Siłą rzeczy nie byliśmy w Murzasichlu zimą ubiegłego roku oraz wtedy, kiedy urodziła się Marta. Kochamy te nasze góry i staramy się tę miłość wpoić naszym maluchom.





Murzasichle każdego roku zmienia swoje oblicze. Gdy pojechałem tam po raz pierwszy prawdziwie czułem, że jestem daleko od miejskiego zgiełku, nie przeszkadzały mi rzadko przejeżdżające ulicą samochody i spokojnie spacerujący, nieliczni turyści. Dziś Murzasichle jest już zupełnie inne - coraz trudniej mówić o nim, jako o miejscu cichym i spokojnym. W ciągu ostatnich lat stało się bardzo popularne i ciągną do niego tłumy turystów. Ponieważ – z racji na obowiązki zawodowe – po tygodniowym pobycie w Murzasichlu w poniedziałek wróciłem do Łodzi, świeżo w pamięci mam obraz murzasichlańskich stoków narciarskich, na których liczba kolonistów z najróżniejszych zakątków Polski była tak duża, że w ten tłum trudno byłoby wbić przysłowiową szpilkę. Z trudem też spaceruje się ulicami, bo ruch jest tak duży i kierowcy tacy zagonieni, że cały czas trzeba schodzić na „pobocze” (ująłem w cudzysłów, bo pobocza zasadniczo nie przewidziano), zatrzymywać się i ustępować miejsca rozpędzonym koniom mechanicznym, oznakowanym już nie tylko polskimi tablicami rejestracyjnymi. To, co się nie zmienia, to życzliwość mieszkańców Murzasichla, naszych gospodarzy, którzy jednak z racji na olbrzymie rzesze gości są coraz bardziej zapracowani.





Ja wróciłem do Łodzi, a dziewczyny zostały w górach. Będą tam jeszcze kilka lub kilkanaście dni żeby pooddychać „innym powietrzem” i napatrzeć się na zimę, której w Łodzi w tym roku jeszcze nie było. Wyjazd w góry jest dla Zosi pierwszą okazją zobaczenia takiej ilości śniegu. Urodziła się wprawdzie zimą, ale długi pobyt w szpitalu, dochodzenie do zdrowia w domu sprawiły, że świat zaczęła poznawać już wiosną. Teraz więc przeżywa swoją pierwszą, prawdziwą, białą i mroźną zimę i wiele wskazuje na to, że pobyt w górach przypadł jej do gustu. Bardzo dużo przebywa na świeżym powietrzu, drzemie sobie w wózku w czasie codziennych, dość długich spacerów, apetyt jej dopisuje, infekcje omijają; wszędzie jej pełno, ma najczęściej świetny humor i coraz bardziej dokazuje. Wraz z Martą stanowią zgrany duet i już teraz zastanawiamy się, co będzie jak Zośka zacznie mówić. Już teraz zdarza jej się wpadać w takie transy, że gada po swojemu i gada i skończyć nie może, a my z tego gadania coraz lepiej potrafimy odczytywać jej intencje, humory i emocje... Jeśli chodzi o Martę, to przez ponad już dziesięć dni jej pobytu w Murzasichlu nie udało nam się wyleczyć jej kaszlu. Dziś połknęła ostatnią tabletkę antybiotyku, a kaszel – może trochę mniejszy – ale ciągle jest. Być może znowu ma problemy z zatokami i dlatego po powrocie do domu czeka nas wizyta u laryngologa. Nowością jest to, że Marta w tym roku złapała bakcyla narciarskiego. Rok temu zaczęła stawiać swoje pierwsze kroki na nartach, ale euforii nie było. Teraz szaleje na stoku i trudno ją zagnać do domu. Dzięki kilku lekcjom, udzielonym jej przez zawodową instruktorkę (pozdrawiamy Panią Ewelinę), dziś już świetnie radzi sobie ze zjeżdżaniem i obsługiwaniem wyciągu. Zaprzyjaźniła się już z całą ekipą obsługującą stok i wieloma innymi ludźmi, którzy widząc taką małą kruszynę, „pędzącą” po stoku w dużym, żółtym kasku na głowie często nie potrafili ukryć swojego zdziwienia i zachwytu. Słowem - Marta robi się zagorzałą „Marciarą”.





Tęsknię za moimi kochanymi kobietkami i mimo, że rozłąka z nimi trwa dopiero dwa dni, nie mogę doczekać się ich powrotu do domu.


Brak komentarzy: