poniedziałek, 21 stycznia 2008

Refleksja...

W ostatnich dniach blog mojej córki Zosi odwiedzają setki osób z różnych zakątków nie tylko Polski, ale i całego świata. Niektórzy trafiają tu na chwilę, zupełnie przypadkowo, a inni zatrzymują się na dłużnej, poświęcając swój czas na lekturę wpisów, które zamieszczałem w sieci od momentu, gdy okazało się, że życie mojego nowo narodzonego dziecka jest bardzo poważnie zagrożone. Wszystkich tych, którzy poznają historię Zosi, historię naszej rodziny, serdecznie pozdrawiam.

Reakcje na pojawienie się tego bloga były od samego początku jego istnienia bardzo różne. W pierwszym momencie u niektórych naszych znajomych wzbudził on wiele kontrowersji - może dlatego, że nie do pogodzenia był obraz zbolałego, drżącego o życie dziecka ojca, z obrazem człowieka, siedzącego przed monitorem i poświęcającego czas na pisanie kolejnych postów. Część jednak osób już od pierwszego wpisu reagowała bardzo życzliwie. Otrzymywaliśmy bardzo wiele listów i sms-ów z wyrazami łączności i poparcia. Z czasem okazało się, że blog był strzałem w dziesiątkę. Dla wielu stał się źródłem codziennych informacji o stanie zdrowia naszego maleństwa i o przebiegu leczenia jego chorego serduszka...

Dziś muszę powiedzieć, że to pisanie bardzo mi w tamtym czasie pomagało. Blog pozwalał mi na wyrzucenie z siebie ogromnych emocji, które towarzyszyły mi w czasie walki o życie Zosi. Jakie to były emocje? Przede wszystkim potworny, paraliżujący strach. Przed narodzinami mojego dziecka wydawało mi się, ze wiem czym jest strach. Wiele razy zdarzało mi się bać różnych rzeczy. Czasami odnosiłem wrażenie, że już bardziej bać się nie można. A jednak... Strach o życie dziecka trudno porównać z jakimkolwiek innym strachem.

Dziś Zosia ma już rok. Nie potrafiła wprawdzie zdmuchnąć świeczki na swoim urodzinowym cieście, ale wszystko wskazuje na to, że jest już zdrowym, normalnie rozwijającym się dzieckiem. Świetnie radzi sobie z chodzeniem, bardzo lubi bawić się z Martą i potrafi już pokazywać swoje humory. Ma kobietka charakterek. Jak postanowi sobie np., że nie zje już kolejnej porcji kaszki, to choćbyśmy „stawali na rzęsach”, to tej kaszki w nią nie wepchniemy. Wszędzie jej jej pełno. Cały czas musimy zwracać na nią uwagę, bo jej pasją stało się poznawanie otaczającego świata i bez przerwy ciągnie ją albo do pułki z płytami, albo do szafek w kuchni, albo do sterty niewyprasowanych jeszcze rzeczy. Zosia w przeciwieństwie do Marty generalnie nie jest podatna na infekcje i to nawet w sytuacjach, gdy wszyscy wokoło pociągają nosami. Bardzo nas to cieszy, bo martwiliśmy się, że przebyta choroba uczyni przyczyni się do obniżenia jej odporności.

Rocznice są okazją do podsumowań i refleksji. Pierwsza rocznica urodzin mojej Zosieńki i zbliżająca się piąta rocznica urodzin Marty napełniają mnie ogromnym szczęściem. Jestem ojcem dwóch pięknych, zdrowych i mądrych dziewczynek. One stanowią o sensie mojego życia i wiem, że cokolwiek w tym moim życiu by się nie działo, one będą stanowiły dla mnie najważniejszy punkt odniesienia. Jestem również mężem mojej wspanialej, pięknej, dzielnej i cierpliwej żony Marysi, która jest dla mnie najważniejsza na świecie i którą kocham bezgranicznie - ponad swoje życie.

Dziękuję wszystkim życzliwym nam osobom – naszym rodzicom, rodzeństwu, całym rodzinom, przyjaciołom, znajomym a szczególnie lekarzom, którzy z ogromną determinacją walczyli razem z nami, którzy nie pozwolili nam upaść na duchu i na których – wiemy to dobrze – zawsze możemy liczyć.

Brak komentarzy: